Z życia zwariowanego zwierzyńca
Odwiedziło nas:




GOODNESS Żywiołowa amstaffka, kochająca ludzi i jedzenie. Szaleje za frisbee, nie lubi czekania oraz obcych psów.

RUTER Wesoły sznaucer, który nade wszystko uwielbia pieszczoty. (: Do lubianych przez niego zajęć należy też szukanie małych zwierzątek. Nie znosi hałasu.

Kategorie: Wszystkie | FOTORELACJE | O NAS | SPORTY | SZKOLENIE
RSS
niedziela, 06 maja 2012
Kruszymy mur

 To już trzeci dzień od naszego powrotu ze wsi. Trzeci, który Gudi niemal w całości przesypia. Na spacerach leniwie powłóczy łapami, a w domu zachowuje się, jakby jej nie było. Goście zapowiadani są jedynie kilkoma szczeknięciami od niechcenia, żadnego skakania, ogon nie obija się o ściany z łoskotem. Innymi słowy pies jest zmęczony, a daawno już nie widziałam tego stanu u amstafficy. :D Istna sielanka.

O dziwo, Ruter nie przejawia praktycznie żadnych oznak znużenia. Skubany znów jakimś cudem się wykręcił, a przecież sama pilnowałam, by nie leżał bezczynnie. Ale cóż, ze sznaucerem nie pobawię się frisbee, bo zaraz paszcza cierpi i zmęczenie bierze. Zadbałam jednak o inne formy aktywności i ważne, żeby teraz tego nie zaprzestać. Działania więc w toku. ;)

Podczas naszego pobytu na działce wreszcie wzięłam się za szkolenie. Wykorzystałam nieobecność członka rodziny, który tak dekoncentruje i odmóżdża Goodness, by nadrobić zaległości. Suka rozpuściła się, jak dziadowski bicz i przez parę dni rwałam sobie włosy z głowy, co ja robię nie tak, że nie reaguje toto na najprostsze polecenia, robi, co jej się żywnie podoba i przyprawia mnie o nerwicę. Zupełnie straciłam pewność siebie, a przez to i wprawę. W pewnej chwili złapałam się na tym, że wydaję ogłupiałej psinie sprzeczne sygnały. Próbowałam się wówczas uspokoić i zaczynałam od nowa, a robiło się jeszcze gorzej na przekór wszystkiemu. Z pomocą ruszyła mi mama. Nie mądrzyła się, nie wytykała błędów ani nie negowała metod, jak potrafią to inni. Powtarzała tylko, abym zrobiła sobie chwilę przerwy i doszła do porozumienia z samą sobą. Fakt, od dłuższego czasu zachowywałam się, jakbym miała wszystkim za złe całą tę sytuację. Gdybym miała swojego psa, gdyby nie był tak zniszczony i zaniedbany przez swojego właściciela, jak Gudi, byłoby inaczej. Łatwiej. Szkopuł w tym, że ona nie jest wcale zniszczona. Zaniedbana - owszem, ale powinnam mieć do niej inne podejście. Na nic tu głupie użalanie się nad sobą. Nie znoszę tego, a sama nieświadomie tak właśnie robię. Nie zmienię już prawa własności pt. "mój właściciel - cała reszta", jednak mogę wpłynąć na dalsze życie suki. By miało ono sens. Tak też uważałam na samym początku, kiedy zaczynałam pracę z tym psem. Z czasem jednak ten zapał zaczął gasnąć. Pojawiły się nerwy, złość, zapracowanie. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, zebrałam całe pokłady cierpliwości, jakie mi jeszcze zostały - choć mocno już wyeksploatowane - i zaczęłam od nowa. Łatwo nie było, ale pod koniec tych kilku dni ćwiczeń znowu zobaczyłam błysk w oku Wiewiórzastej, a praca z nią ponownie zaczyna mnie cieszyć. :)

Nie sztuką jest zacząć na białej kartce, z nowym - własnym psem, lecz już na zapisanej, a taką pozostają dla mnie sznaucer i amstaffka.

11:10, psieperypetie , SZKOLENIE
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 kwietnia 2012
Dzielny pies

 Dzielny jeden, a nawet dwa psy. :) Jestem bardzo dumna ze swoich ulubieńców, a żeby było ciekawiej, na dobrą sprawę nie musieli robić nic szczególnego. Wystarczyło, że Gudi nie utrudniała sobie powrotu do zdrowia, grzecznie pochłaniając leki po operacji, nie rozgrzebując rany (chociaż fartuszek został rozerwany na pół i nie nadaje się już do użytku) i mężnie znosząc ograniczenia podczas spacerów.

Sznaucerowy natomiast został ostrzyżony. Ruter niezbyt lubi, gdy mu ktoś majdruje szczególnie w okolicy łapek i ogonka, co też okazuje zabieraniem zacnych kończyn i siadaniem na stole w najmniej stosownym momencie. Wywraca przy tym oczami, jakby zaraz miał być zaszlachtowany, a wzrok ten kieruje w moją stronę, poszukując wsparcia: "widzisz niedobra kobieto, na co pozwalasz?" Kobieta widzi, ale strach ją bierze, jak już robota się kończy. Wiedziałam, że trzeba zadbać o kondycję Kochasia po zimie, ale nie spodziewałam się, że będzie nas czekało tyle pracy. Wprawdzie ten pies zawsze był dobrze zbudowany, jednak teraz niezaprzeczalnie porobiły mu się fałdki na karku. Rada jest jedna, trzeba Chłopaczkowi schudnąć. Dobrze się składa, ponieważ i ja muszę złapać formę, a tak przynajmniej będę miała większą motywację.

?M.E.Zielińska

Dużo czasu obecnie poświęcamy nadrabianiu zaległości ruchowych tak u jednego psa, jak i drugiego. Ostatnio wybraliśmy się nad wodę. W samochodzie przez pół drogi było słychać jęki spragnionych porządnego biegania czworonogów, co tylko potwierdziło potrzebę tego wypadu. Bliźniaki się wyszalały. :) Ruda wyłowiła z wody stosownej wielkości "patyczek" i ganiała z nim po okolicy, robiąc jedynie przerwy na pływanie za kaczkami. Nieszczęsny kulawiec zapomniał o problemach z łapami, jakie zgotowało mu szczenięctwo i do dziś jeszcze zdarza mu się utykać po ostatnich wariacjach. A jednak, jak na amstaffa przystało, to nieposkromione stworzonko i mimo wszystko dalej rozrabia, kombinuje i zaczepia Ruterka, zachęcając do zabawy. Kto by pomyślał, że jeszcze niedawno suczyna rozpływała się, jak stopione masło na podłodze w gabinecie weterynaryjnym?

?M.E.Zielińska

?M.E.Zielińska

18:55, psieperypetie , O NAS
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 kwietnia 2012
"Czy ona miała szczeniaki?"

... "A czy będzie mieć?" Te i inne pytania zadawali niektórzy z przechodniów, widząc ganiającą po działce Gudaskę. Otóż nie, nie miała i z całą pewnością mieć nie będzie! A to dlatego, że wczorajszego dnia przeszła sterylizację.

Do ostatniej chwili byłam całkowicie spokojna, jednak w gabinecie zaczęły ogarniać mnie rozterki. To bezradne spojrzenie i rozjeżdżające się łapy po otrzymaniu zastrzyku... Czułam się okropnie, zostawiając psinę w takim stanie zupełnie samą. W domu obijałam się po kątach w oczekiwaniu na telefon bite trzy godziny i odetchnęłam dopiero wtedy, gdy Ruda znalazła się już na własnym posłaniu. Przez cały wieczór była doglądana i wszystko wydawało się w porządku. Do czasu, aż nie zauważyłam krwawych śladów na ściągniętym do połowy fartuszku. Zaraz panika, podniesienie alarmu i dokładne oględziny. Na szczęście szwy całe, widocznie z rany wyciekło trochę krwi z innymi płynami, ale nic nie zostało rozerwane. Mimo wszystko założyłam suce kaganiec. Poprawiłam też zabrudzone ubranko i lulu. Wstałam około trzeciej, by sprawdzić czy wszystko gra. Suka popiskiwała przez sen, ale poza tym spokój, więc położyłam się z powrotem. Gdy wszyscy smacznie spali, Młoda zdążyła narozrabiać, bo trzy godziny później zobaczyłam, że kaganiec jest tylko przewieszony przez szyję, troczki z fartuszka porozrywane, brzuch odsłonięty, a na podłodze leżą wymiociny. Napracowała się dziewczyna, nie ma co! To, co zabrudzone poszło do prania, troczki zostały niezgrabnie przymocowane z powrotem do fartucha, a kaganiec znów wylądował na mordce. Później wymiotowała jeszcze cztery razy. Nie chciała też jeść, ledwo się ruszała. Ruter niekiedy poleżał obok niej, jednak wolał trzymać się na odległość.

©M.E.Zielińska

Po pewnym czasie udało mi się nakłonić Wiewiórzastą do zjedzenia odrobiny kurczaka z ryżem. Obeszło się bez zwrotów, co troszeczkę mnie pokrzepiło. Ale naprawdę mogłam głęboko odetchnąć dopiero po wizycie kontrolnej. Piesa została obejrzana, ze szwami wszystko dobrze, humorek zaczął wracać, a wraz z nim i apetyt. :) Pożyczono nam też nowy fartuch - bardziej wytrzymały - do czasu, aż nie zreperuje się poprzedniego. Jedyną rzeczą, o którą trzeba się martwić jest natomiast śledziona. Podczas zabiegu okazało się, że jest ona niepokojąco duża i Gudi nie może sobie na razie pozwolić na szaleństwa czy skakanie. To niestety oznacza, że tymczasowo musimy dać spokój z frisbee. Jak sunia wydobrzeje, udamy się na badania i zobaczymy, co dalej. Teraz rekonwalescencja. Coś mi się wydaje, że Młoda szybko dochodzi do siebie, bo już śledzi maślanym wzrokiem, co też smacznego mają akurat domownicy. :)

©M.E.Zielińska

Podczas wizyty w gabinecie weterynaryjnym zapytałam przy okazji o możliwą przyczynę wybarwiania się Ruterkowego nosa. Najprawdopodobniej jest to defekt genetyczny, który nie ma wpływu na zdrowie Kochasia. Póki trufla nie jest zbyt miękka i bez żadnych ranek czy innych świństw, nie ma powodu do zmartwień. Uff...

16:26, psieperypetie , O NAS
Link Komentarze (8) »
czwartek, 05 kwietnia 2012
Nos

 Od jakiegoś czasu widzę zmiany u Ruterka. Nie jakieś dramatyczne odstępstwa w jego zachowaniu, bo je normalnie, dostaje szaleju na punkcie wiosny i wciąż pieszczoch, tuli łeb do moich kolan z tym samym błyskiem w oku. Jest w nim jednak coś niepokojącego. Nos, który do tej pory czarny, jak kropki na biedronce, w pewnej chwili po prostu zaczął blaknąć. Z początku pojawiały się na nim niewielkie szare plamki, teraz jednak zajmują już sporą powierzchnię trufli. By myśleć racjonalnie i zbytnio nie wpadać w panikę, pozwoliłam przemknąć przez moją głowę myśli, że może to jakieś niedobory witamin czy któregoś z pierwiastków w jego diecie przyczyniły się do ustępowania pigmentu, ale przecież dbam o to, by pożywienie było w porządku i urozmaicam posiłki w miarę możliwości. Starość? Nie, to w grę nie wchodzi! Bo choć sznaucer ma na karku pokaźną liczbę dziewięciu wiosen, wciąż zachowuje się, jak młodzik i w porywie nawet szalonemu beardedowi dorówna, o czym miałam się okazję przekonać. Męczy się wprawdzie po wariackich zabawach i na pewne rzeczy nie może sobie pozwolić mimo chęci, lecz w żadnym razie nie posądziłabym go o rezygnację. Co jak co, ale ducha walki to ten pies posiada. :) I nawet pomimo zgryźliwych określeń typu "staruszek" ze strony starszych pokoleń mojej rodziny (którzy, nie oszukujmy się, inteligencją się nie popisali, ściągając sobie na głowy szczeniaka), nie dam sobie wmówić, że mojego włochacza dopadła starość. Coś musi mnie jednak niepokoić. W duchu obawiam się choroby i wieku. A może mam tylko klapki na oczach i wzbraniam się od ich zdjęcia? Nawet, jeśli jest gdzieś we mnie świadomość, że mój siwiejący Kochaś kiedyś straci siły, nie chcę teraz wypuszczać jej na światło dzienne. Jeszcze nie czas. Tymczasem wolę tłumaczyć sobie głupio, że to słońca brakuje Ruterkowemu nochalkowi. Tak, trochę słońca i dziś wydaje się bardziej czarny, niż wczoraj...

©M.E.Zielińska

23:28, psieperypetie , O NAS
Link Komentarze (3) »
piątek, 30 marca 2012
Sabotaż

 Życie toczy się swoim tempem, każdy pochłonięty jest własnymi sprawami i nie zważa na dwa stworzenia, oddychające rytmicznie podczas wiosennej drzemki. Ledwo jedno z nich wstaje i już zaczyna kombinować. Rozgląda się chwilę, wzdycha, po czym rusza do dzieła. W kuchni rozlegają się ciche kroki. Z ogonem uniesionym do góry i nosem przy ziemi, Rudzielec zbliża się do skrzynki, zamieszkanej przez trzech amatorów zieleniny. Żaden z nich nie spodziewa się bezlitosnego ataku z góry. Tymczasem powietrze niebezpiecznie wibruje, a w świnkowym mieszkanku pojawia się psi pysk. Natychmiast ogłoszony zostaje stan alarmowy. Barnaby wskakuje do drewnianego domku, rozpychając się obok Fidela, Klinek umyka w róg skrzynki i przypatruje się na odległość całej akcji. Najeźdźca natomiast węszy przez chwilę, nie interesując się zupełnie prosiaczkami, aż natrafia na nadgryzioną ćwiartkę jabłka. Przechwytuje smakołyk i bierze nogi za pas, ślizgając się po podłodze. Po drodze wpada na ścianę, trąca rozbudzonego Rutera, by wreszcie dopaść swoje posłanie. Narobi przy tym hałasu ...i tu pies pogrzebany. Złodziejaszek zostaje przyłapany. Kiedy staję przed nią i biorę do ręki obśliniony, pokryty wiórami z granulatu łup, suka wpatruje się we mnie cielęcym wzrokiem. Udzielam psu reprymendy, ten jednak dopomina się swojej zdobyczy, unosząc przednie łapy w proszącym geście. W tym momencie mam, czego chciałam, sama uczyłam Rudzielca rozbrajającego proszenia. xP Co zrobić? Świnki i tak już tego jabłka nie tkną, ale żeby nie wyglądało na pochwałę zachowania, które przed chwilą zganiłam, wydaję psinie kilka poleceń i dopiero po ich wykonaniu nagradzam kawałkiem owocu.

Jabłko, jak jabłko, świnki dałyby się pociachać o kawałek ogórka. Siłą człowiek by nie odebrał. :D

?M.E.Zielińska

?M.E.Zielińska

Prosiaki nie zamierzają jednak pozostać dłużne, też muszą dać o sobie znać (a jakże!). Wchodzę do kuchni i widzę Fidela ganiającego po podłodze. Nie mam nic przeciwko świnkowym wycieczkom po tym pomieszczeniu, ale jak się później okazało, powinnam. Zostawiłam malca w spokoju, on tymczasem narozrabiał. Mianowicie wygryzł dziurki w pięciolitrowej butelce z wodą. Dziwiłam się, dlaczego baniaczek stoi do góry dnem i dowiedziałam się od brata o wyczynie małego włochacza. A to ci. W dodatku Młody pośliznął się na rozlanej wodzie i wylądował prosto na kość ogonową. Nie szczędził mi później zrzędzenia o swoim losie oraz o tym, jak to ja okropnie zajmuję się świnkami. Hm. Jakkolwiek by nie brzmiały wyjaśnienia "to nie moja wina" (bo przecież można było postawić butelkę na blacie bądź stołku, tak czy nie?), trzeba by coś zrobić z tymi spacerkami. Już wcześniej się nad tym zastanawiałam. Gudi umyślnie nie zrobiłaby chłopakom krzywdy, jednak bywa różnie i nie powinna mieć do nich dostępu bez kontroli któregoś z opiekunów. Ponadto niepokojące jest to, co też wpadnie Fidelowi do łepetynki. O ile Klinek i Barnaby zachowują się, jak na świnki przystało (chyba), tak ich kolega miewa dość osobliwe pomysły. Nie bez powodu nazywam go Małym Kamikadze. Jest to stworzonko ciekawskie, gotowe do ryzykownych posunięć. Czasem mnie zastanawia czy ma to coś wspólnego z kierunkiem, w jakim rośnie jego sierść. Czyżby poprzewracaną miał nie tylko fryzurę? Tak, bez wątpienia ma coś z głową. Siedzi w nim ogromna odwaga, zbyt wielka, jak na takiego maluszka, co może w końcu okazać się niebezpieczne. No nic, trzeba się zaopatrzyć w pooorządną klatkę. (:

Swoją drogą, o Fidelku można myśleć różne rzeczy, jednak nie uchodzi wątpliwości, że doskonały z niego model. Nie spodziewałabym się po takim dzikusku, że będzie się wystawiał do obiektywu, jak prawdziwy profesjonalista. Zostałam jednak mile zaskoczona, pracuje mi się z nim najlepiej z chłopaków. Efekt zaskakujący. Mały ma prawdziwy talent. :))

?M.E.Zielińska

?M.E.Zielińska

17:47, psieperypetie , O NAS
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 marca 2012
Wolnoć Tomku w swoim domku!

 Nigdy specjalnie nie przepadałam za okolicą, którą zamieszkuję. Choć mieści się ona z dala od głośnego centrum, pełno tu wścibskich oczu, od których nie sposób uciec. Zawsze wiadomo, kto zrobił, co i z kim. Przed oknami zbierają się grupki starszych pań, nie mające najwyraźniej nic lepszego do roboty, niż rozprawianie na temat swoich sąsiadów. W dodatku wszystko im przeszkadza. Gdy nie sprzątało się po psach, było źle, teraz człowiek sprząta - jeszcze gorzej. -.^ Wychodzi się z czworonogiem w kagańcu i od razu brany on jest za agresywną bestię, czyhającą na bawiące się dzieci. Można sobie w takim razie wyobrazić, co się dzieje, kiedy to właściciel zamierza poćwiczyć z pupilem posłuszeństwo czy elementy agility na świeżym powietrzu.

Nigdy nie lubiłam plotek i zawsze starałam się ich unikać. Najłatwiej było zwyczajnie nie dostarczać takim wszędobylskim tematów do rozmów. Chodziłam więc z psami tam, gdzie ryzyko było najmniejsze, a zbliżając się do potencjalnej strefy zagrożenia, uruchamiałam dopalacze i czym prędzej kierowałam się w stronę klatki schodowej. Co za szczęście, że współegzystowanie ze zwierzętami tak ośmiela człowieka. :D W końcu przestaje się dostrzegać wszędzie gapiów. A niech sobie będą, niech plotkują. Ja tam idę ćwiczyć z psami. ^^ Szkolenie za pomocą wywoływania pozytywnych bodźców ma to do siebie, że właściciel czasem robi z siebie kompletnego idiotę, by wzmocnić w zwierzęciu dane zachowanie. Mówi się nadnaturalnie wysokim głosikiem, entuzjastycznie chwali, klaszcze i przyjmuje dziwne pozycje. Jak odbierają to ludzie, to już ich sprawa. Grunt, że psina zadowolona i czegoś się uczymy. :)

©M.E.Zielińska

Osobną kwestię stanowi szczekanie. Gdy jest ku temu powód, Ruter (jak na sznaucera przystało) ujada, ile sił w psich płuckach. Gudi natomiast oszczędnie rozdysponowuje tym aspektem, jednak donośny szczek suki daje jej ogromną siłę przebicia. W trosce o komfort współmieszkańców bloku, wypada ograniczać takie akcje. Nikt wprawdzie nie może winić psa za szczekanie, gdyż jest to jego naturalna reakcja. Oczekując jednak szacunku od innych, im również należy go zapewnić. Trzeba pamiętać, by swoim postępowaniem nie szkodzić. A ponieważ robi się coraz cieplej, psiskom może zabraknąć energii na szczekanie, gdyż zamierzamy dobrze wykorzystać tę porę. ;)

16:14, psieperypetie , O NAS
Link Komentarze (5) »
niedziela, 05 lutego 2012
Pan Pocieszacz

©M.E.Zielińska

Znowu coś nie wyszło, znowu nie tak, jak bym sobie tego życzyła. Ogólna złość i bezradność w obliczu chwili, na którą nie mam już wpływu. Stało się i trzeba się z tym pogodzić. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, muszę posiedzieć w spokoju i polamentować. Siadam na podłodze w kuchni, zamykam oczy i... Tup tup tup... Odczep się - myślę, wciąż pozostając w bezruchu. Jakby odczytał moje myśli i postanowił zrobić zupełnie im na przekór, bo wsuwa mi łepek między kolana. Otwieram jedno oko. Mam przed sobą dwie okrągłe kule, niby ze szkła, które wpatrują się we mnie z uwagą. Znowu zamykam oko. Może stwierdzi, że śpię i da spokój. Uchylam powiekę... Nie. Jeszcze jedna próba... Na nic. Teraz ociera się, wciska pysk pod kolana. Otwieram oczy, co natychmiast zauważa. "Tu cię mam!" - Zupełnie jakby chciał wykrzyczeć. Zaczyna podbijać mi łepetynką dłonie, na co reaguję automatycznie. Kochaś wydaje serię podekscytowanych westchnięć, kręci się w kółko, skręcając tył, jakby chciał dosięgnąć ogonka, urządza wariacje, aż wreszcie kładzie łapki na moich kolanach. Oj, ma mnie. Naprawdę ma! :O Prostuję nogi i klepię się energicznie po udach. On wskakuje, opiera mi łapy na ramionach i wtula się. W tym momencie czuję, że wraca mi chęć do życia. Spryciarz wie, co na mnie działa. To co... spacerek? x)

10:25, psieperypetie , O NAS
Link Komentarze (2) »
piątek, 03 lutego 2012
Grunt to się dogadać

 Wiele mówi się o potrzebach swoich podopiecznych, odpowiednim wychowaniu oraz warunkach, jakie należy im zapewnić do prawidłowego rozwoju. Wszystko to, by móc cieszyć się towarzystwem kompana przez długi czas, żyjąc z nim w zgodzie. A najważniejsze jest zrozumienie. Bez niego wspólne egzystowanie okazuje się uciążliwe, pełne obaw, braku zaufania i marnotrawienia nerwów, bo - nie wiedzieć czemu - pies pożarł poduszkę czy nie pojął, że w czwartki nie siada się na kanapie, chociaż właściciel mówił wyraźnie. I wcale nie taka prosta rzecz - zrozumieć. Bo jak do licha dogadać się z takim, któremu język służy najwyżej do wylizywania glazury w kuchni? Takim, co to nie powie, czego chce i udaje, że nie słucha? Otóż MÓWI i SŁUCHA. Jedynie człowiek jest na tyle małostkowy, by tego nie dostrzec. Przywiązuje uwagę do rzeczy pozornych i nie snuje refleksji nad tym czy to aby z nim nie jest coś nie tak. Zamiast tego obarcza winą za swoje niezrozumienie istoty, które - teoretycznie rzecz ujmując - głosu nie mają. A wystarczy zaprawdę niewiele, by móc znaleźć porozumienie.

Odkąd człowiek zaczął dokonywać obserwacji i wysuwać zeń wnioski, kwestia zrozumienia psich zwyczajów i reakcji na różnorodne bodźce stała się dużo prostsza. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie: przełomowa. Zmienił się dzięki temu również sposób przekazu i postrzeganie psiej psychiki. Ale dużo na ten temat można znaleźć w specjalistycznych poradnikach czy na wielu stronach internetowych, więc nie zamierzam dłużej się nad tym rozwodzić. Jeszcze gotowa byłabym pomyśleć, że przypadkowy czytelnik przyśnie przed monitorem. ;)

Jest coś w tych moich Potworzyskach, w co niekiedy ciężko uwierzyć. I nie dałabym w siebie weprzeć, że psy istotnie potrafią mówić do ludzi, gdyby nie dwa żywe tego dowody pod moim dachem. O tak, Gudi i Ruter są strasznie rozmowni. Uwielbiają pyskować, czasem aż zanadto. Szczególnie dużo mają do powiedzenia przed wyjściem na spacer i podczas wspólnej zabawy. Gdy szykuję się do wyjścia, sznaucer tańczy pod nogami, skacze i wydaje z siebie piski. Gudi tymczasem udaje, że wykonywane przeze mnie czynności absolutnie jej nie interesują. Leży na posłaniu i czeka, aż potwierdzą się prognozy zwiastujące rychły spacer, by zerwać się w mgnieniu oka i pomrukami dać do zrozumienia, że jest gotowa. Zupełnie inaczej zachowuje się jednak, gdy wracam wykończona z zajęć i nie mam ochoty wyściubić nosa na dwór. Wtedy zaczynają się klasyczne zagrywki. Cielę rozbija ogonem ściany i wszelkie żywe stworzenia, w tym Rutera, który po otrzymaniu ciosu wydaje zduszony wrzask, a po chwili wraca do wzmożonego stanu ekscytacji. "Później z wami wyjdę", mówię i siadam przy drzwiach w nadziei, że uda mi się zdjąć buty. Kochaś reaguje momentalnie. Już opiera łapy o kolana, wlepia we mnie okrągłe oczy i zieje stęchlizną prosto w twarz. Kilka głasków i zostaje wyparty przez Wiewiórzycę, która bezceremonialnie wpycha się na mnie zadem. Niech jej będzie - poklepuję i już mam zamiar wstać, kiedy ta na mnie siada, a z drugiej strony Ruterek wygina się, napierając na mnie bokiem. Basta. To już ponad moje siły i oni dobrze o tym wiedzą. Spacer gwarantowany. Choćby waliło się niebo, muszę zdobyć się na pokonanie lenistwa i wyprowadzić Monstra na dwór. Po powrocie nie ma zmiłuj, pieski muszą zostać wygłaskane, wyklepane, wymiziane i wychwalone. "Czego się gapisz Rudzielcu?", pytam ogoniastą, a ta odburkuje coś i uruchamia śmigło. I już doskonale wiem, w czym rzecz. "No chodź, niech ci będzie", daję znak klepnięciem o kolana i Cielak ładuje się na nie, jakbym była najwygodniejszym fotelem z funkcją masażu (bo jakże by inaczej?). Swego czasu suka siadała tak również na pufach w pokoju dziennym, dopóki wyższe instancje domowej instytucji nie postanowiły pozbawić jej tego przywileju. Lubiła przy tym pomruczeć, by zwrócić na siebie uwagę i wciąż chętnie ze mną gawędzi, zdecydowanie lepiej czując się na moich kolanach.

©M.E.Zielińska

©M.E.Zielińska

Wprawdzie amstaffica wydaje się być dość wygadana, jednak Ruter ma zdecydowanie więcej do powiedzenia, przynajmniej w trakcie zabawy. Daje się wówczas słyszeć całą gamę dźwięków, które układają się wśród ogólnego bełkotu w słowa, takie jak "mama" czy "daj". Wszystkie te powarkiwania i bulgoty wywołują wśród przypadkowych słuchaczy zróżnicowane reakcje, ale mnie w żadnym razie nie przeszkadzają. Lubię widzieć, że pies wkłada całego siebie nawet w drobne czynności i czerpie z tego niewypowiedzianą radochę. I takie są właśnie moje ogoniaste.

©M.E.Zielińska

20:41, psieperypetie , O NAS
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Pomocne w kuchni

?M.E.Zielińska Za oknem zrobiło się już biało (a może raczej "w końcu"?), dlatego na rozgrzanie dzisiejszy wpis utrzymamy w ciepłej atmosferze mojej kuchni. (:

Kuchnia to mój rewir. Zawsze wiem, gdzie, co się tam znajduje i lubię robić z tego użytek. Gotowanie stanowi dla mnie swego rodzaju przyjemność pod warunkiem, że nikt nie wpycha mi wścibskiego nosa w garnki. Nie czuję się jednak w żaden sposób odosobniona, mam bowiem swoich pomocników. Oni zawsze z wielkim zainteresowaniem obserwują moją pracę i zastanawiają się, w czym by tu akurat pomóc. A najlepiej sprawdzają się w roli naturalnych utylizatorów, zajmujących się resztkami z mięsa i warzyw. Ekologicznie, a co! Zajmują przy tym oddzielne stanowiska: Gudi zwykle pcha się na chama wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, a Ruter - jak to prawdziwy dżentelmen - siada cierpliwie przed wejściem do kuchni i czeka na swoją kolej. Poza tym zawodowi z nich wąchacze. Nigdy nie spóźniają się z pomocą, zawsze na czas znajdą się w odpowiednim miejscu, poruszając ostentacyjnie nosami. I stale wszystko im smakuje. Zapewne dlatego, że jest podawane w stanie surowym, bez przypraw i innych dodatków, ale cóż. Ponoć liczą się chęci i tego się trzymajmy.

Właściwie, jakby tak podejść do tego wszystkiego realistycznie, to czyste żebractwo. Choć w sumie nigdy bym się nie spodziewała, że przy obecnym stanie rzeczy wychowam te Potwory idealnie. Wystarczy... tak, określenie "w miarę możliwie" będzie tu pasowało... A takie przekonanie, że ktoś jest obok, a mimo to nie rozlicza cię z każdej najdrobniejszej rzeczy bardzo pomaga. Chociażby miał to być pies, śliniący się na widok pociętej wołowiny.

11:40, psieperypetie , O NAS
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 stycznia 2012
Beztroski, jak sznaucer wśród traw

 Z początkiem roku namieszało się w moim i tak już pokręconym życiu, o czym zresztą może świadczyć ślimacze tempo blogowania w ostatnim czasie. Zaliczyłam kilka upadków, tak dosłownie, jak i w przenośni, rozpoczęłam intensywny trening i straciłam rachubę w ocenie stanu rzeczywistości. Wszystko mnie boli, a z mózgu zrobiła mi się galaretka. Mam chociaż nadzieję, że o smaku kiwi. Mimo wszystko zaczynam łapać tempo i całkiem nieźle mi to wychodzi, więc także moja blogowa aktywność wzrośnie. 

Czterołapom widać udziela się mój nastrój. Ostatnio dzielnie znosiły moje niedomogi i grzecznie zajmowały się sobą, głównie leżąc na posłaniach oraz spoglądając tęsknym wzrokiem na domowników. Gudi czasem zdobyła się na jakiś jęk przy zmianie pozycji i kilka westchnień. Spacery też upływały nam raczej monotonnie. Teraz wraca nam energia, motywujemy się na całego. Widać nowe zajęcia zaczynają dawać efekty i nastrajają pozytywnie. (: Już zaczynam myśleć o wiośnie i czekających nas wyzwaniach. Przypomina mi się widok ogoniastych buszujących wśród traw. Gudi, koszącej wszystko, co napotka na swej drodze i Ruterka, który z zaangażowaniem wyłapuje każdy najdrobniejszy zapaszek. Z Kochasiem mogłabym tak spacerować bez końca. 

I oby ten rok był tak beztroski, jak on.

?M.E.Zielińska

17:11, psieperypetie , O NAS
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4