Zakładki:
ODWIEDZAMY
ZNAJDZIECIE NAS
Odwiedziło nas:
GOODNESS
Żywiołowa amstaffka, kochająca ludzi i jedzenie. Szaleje za frisbee, nie lubi czekania oraz obcych psów.
RUTER
Wesoły sznaucer, który nade wszystko uwielbia pieszczoty. (: Do lubianych przez niego zajęć należy też szukanie małych zwierzątek. Nie znosi hałasu.
KLINEK
Klinek jest gładkowłosą świnką morską. Urodzony alpinista, przepada za ogórkami i zieloną herbatą.
|
niedziela, 05 lutego 2012
Pan Pocieszacz

Znowu coś nie wyszło, znowu nie tak, jak bym sobie tego życzyła. Ogólna złość i bezradność w obliczu chwili, na którą nie mam już wpływu. Stało się i trzeba się z tym pogodzić. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, muszę posiedzieć w spokoju i polamentować. Siadam na podłodze w kuchni, zamykam oczy i... Tup tup tup... Odczep się - myślę, wciąż pozostając w bezruchu. Jakby odczytał moje myśli i postanowił zrobić zupełnie im na przekór, bo wsuwa mi łepek między kolana. Otwieram jedno oko. Mam przed sobą dwie okrągłe kule, niby ze szkła, które wpatrują się we mnie z uwagą. Znowu zamykam oko. Może stwierdzi, że śpię i da spokój. Uchylam powiekę... Nie. Jeszcze jedna próba... Na nic. Teraz ociera się, wciska pysk pod kolana. Otwieram oczy, co natychmiast zauważa. "Tu cię mam!" - Zupełnie jakby chciał wykrzyczeć. Zaczyna podbijać mi łepetynką dłonie, na co reaguję automatycznie. Kochaś wydaje serię podekscytowanych westchnięć, kręci się w kółko, skręcając tył, jakby chciał dosięgnąć ogonka, urządza wariacje, aż wreszcie kładzie łapki na moich kolanach. Oj, ma mnie. Naprawdę ma! :O Prostuję nogi i klepię się energicznie po udach. On wskakuje, opiera mi łapy na ramionach i wtula się. W tym momencie czuję, że wraca mi chęć do życia. Spryciarz wie, co na mnie działa. To co... spacerek? x)
piątek, 03 lutego 2012
Grunt to się dogadać
Wiele mówi się o potrzebach swoich podopiecznych, odpowiednim wychowaniu oraz warunkach, jakie należy im zapewnić do prawidłowego rozwoju. Wszystko to, by móc cieszyć się towarzystwem kompana przez długi czas, żyjąc z nim w zgodzie. A najważniejsze jest zrozumienie. Bez niego wspólne egzystowanie okazuje się uciążliwe, pełne obaw, braku zaufania i marnotrawienia nerwów, bo - nie wiedzieć czemu - pies pożarł poduszkę czy nie pojął, że w czwartki nie siada się na kanapie, chociaż właściciel mówił wyraźnie. I wcale nie taka prosta rzecz - zrozumieć. Bo jak do licha dogadać się z takim, któremu język służy najwyżej do wylizywania glazury w kuchni? Takim, co to nie powie, czego chce i udaje, że nie słucha? Otóż MÓWI i SŁUCHA. Jedynie człowiek jest na tyle małostkowy, by tego nie dostrzec. Przywiązuje uwagę do rzeczy pozornych i nie snuje refleksji nad tym czy to aby z nim nie jest coś nie tak. Zamiast tego obarcza winą za swoje niezrozumienie istoty, które - teoretycznie rzecz ujmując - głosu nie mają. A wystarczy zaprawdę niewiele, by móc znaleźć porozumienie.
Odkąd człowiek zaczął dokonywać obserwacji i wysuwać zeń wnioski, kwestia zrozumienia psich zwyczajów i reakcji na różnorodne bodźce stała się dużo prostsza. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie: przełomowa. Zmienił się dzięki temu również sposób przekazu i postrzeganie psiej psychiki. Ale dużo na ten temat można znaleźć w specjalistycznych poradnikach czy na wielu stronach internetowych, więc nie zamierzam dłużej się nad tym rozwodzić. Jeszcze gotowa byłabym pomyśleć, że przypadkowy czytelnik przyśnie przed monitorem. ;)
Jest coś w tych moich Potworzyskach, w co niekiedy ciężko uwierzyć. I nie dałabym w siebie weprzeć, że psy istotnie potrafią mówić do ludzi, gdyby nie dwa żywe tego dowody pod moim dachem. O tak, Gudi i Ruter są strasznie rozmowni. Uwielbiają pyskować, czasem aż zanadto. Szczególnie dużo mają do powiedzenia przed wyjściem na spacer i podczas wspólnej zabawy. Gdy szykuję się do wyjścia, sznaucer tańczy pod nogami, skacze i wydaje z siebie piski. Gudi tymczasem udaje, że wykonywane przeze mnie czynności absolutnie jej nie interesują. Leży na posłaniu i czeka, aż potwierdzą się prognozy zwiastujące rychły spacer, by zerwać się w mgnieniu oka i pomrukami dać do zrozumienia, że jest gotowa. Zupełnie inaczej zachowuje się jednak, gdy wracam wykończona z zajęć i nie mam ochoty wyściubić nosa na dwór. Wtedy zaczynają się klasyczne zagrywki. Cielę rozbija ogonem ściany i wszelkie żywe stworzenia, w tym Rutera, który po otrzymaniu ciosu wydaje zduszony wrzask, a po chwili wraca do wzmożonego stanu ekscytacji. "Później z wami wyjdę", mówię i siadam przy drzwiach w nadziei, że uda mi się zdjąć buty. Kochaś reaguje momentalnie. Już opiera łapy o kolana, wlepia we mnie okrągłe oczy i zieje stęchlizną prosto w twarz. Kilka głasków i zostaje wyparty przez Wiewiórzycę, która bezceremonialnie wpycha się na mnie zadem. Niech jej będzie - poklepuję i już mam zamiar wstać, kiedy ta na mnie siada, a z drugiej strony Ruterek wygina się, napierając na mnie bokiem. Basta. To już ponad moje siły i oni dobrze o tym wiedzą. Spacer gwarantowany. Choćby waliło się niebo, muszę zdobyć się na pokonanie lenistwa i wyprowadzić Monstra na dwór. Po powrocie nie ma zmiłuj, pieski muszą zostać wygłaskane, wyklepane, wymiziane i wychwalone. "Czego się gapisz Rudzielcu?", pytam ogoniastą, a ta odburkuje coś i uruchamia śmigło. I już doskonale wiem, w czym rzecz. "No chodź, niech ci będzie", daję znak klepnięciem o kolana i Cielak ładuje się na nie, jakbym była najwygodniejszym fotelem z funkcją masażu (bo jakże by inaczej?). Swego czasu suka siadała tak również na pufach w pokoju dziennym, dopóki wyższe instancje domowej instytucji nie postanowiły pozbawić jej tego przywileju. Lubiła przy tym pomruczeć, by zwrócić na siebie uwagę i wciąż chętnie ze mną gawędzi, zdecydowanie lepiej czując się na moich kolanach.


Wprawdzie amstaffica wydaje się być dość wygadana, jednak Ruter ma zdecydowanie więcej do powiedzenia, przynajmniej w trakcie zabawy. Daje się wówczas słyszeć całą gamę dźwięków, które układają się wśród ogólnego bełkotu w słowa, takie jak "mama" czy "daj". Wszystkie te powarkiwania i bulgoty wywołują wśród przypadkowych słuchaczy zróżnicowane reakcje, ale mnie w żadnym razie nie przeszkadzają. Lubię widzieć, że pies wkłada całego siebie nawet w drobne czynności i czerpie z tego niewypowiedzianą radochę. I takie są właśnie moje ogoniaste.

poniedziałek, 16 stycznia 2012
Pomocne w kuchni
Za oknem zrobiło się już biało (a może raczej "w końcu"?), dlatego na rozgrzanie dzisiejszy wpis utrzymamy w ciepłej atmosferze mojej kuchni. (:
Kuchnia to mój rewir. Zawsze wiem, gdzie, co się tam znajduje i lubię robić z tego użytek. Gotowanie stanowi dla mnie swego rodzaju przyjemność pod warunkiem, że nikt nie wpycha mi wścibskiego nosa w garnki. Nie czuję się jednak w żaden sposób odosobniona, mam bowiem swoich pomocników. Oni zawsze z wielkim zainteresowaniem obserwują moją pracę i zastanawiają się, w czym by tu akurat pomóc. A najlepiej sprawdzają się w roli naturalnych utylizatorów, zajmujących się resztkami z mięsa i warzyw. Ekologicznie, a co! Zajmują przy tym oddzielne stanowiska: Gudi zwykle pcha się na chama wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, a Ruter - jak to prawdziwy dżentelmen - siada cierpliwie przed wejściem do kuchni i czeka na swoją kolej. Poza tym zawodowi z nich wąchacze. Nigdy nie spóźniają się z pomocą, zawsze na czas znajdą się w odpowiednim miejscu, poruszając ostentacyjnie nosami. I stale wszystko im smakuje. Zapewne dlatego, że jest podawane w stanie surowym, bez przypraw i innych dodatków, ale cóż. Ponoć liczą się chęci i tego się trzymajmy.
Właściwie, jakby tak podejść do tego wszystkiego realistycznie, to czyste żebractwo. Choć w sumie nigdy bym się nie spodziewała, że przy obecnym stanie rzeczy wychowam te Potwory idealnie. Wystarczy... tak, określenie "w miarę możliwie" będzie tu pasowało... A takie przekonanie, że ktoś jest obok, a mimo to nie rozlicza cię z każdej najdrobniejszej rzeczy bardzo pomaga. Chociażby miał to być pies, śliniący się na widok pociętej wołowiny.
niedziela, 08 stycznia 2012
Beztroski, jak sznaucer wśród traw
Z początkiem roku namieszało się w moim i tak już pokręconym życiu, o czym zresztą może świadczyć ślimacze tempo blogowania w ostatnim czasie. Zaliczyłam kilka upadków, tak dosłownie, jak i w przenośni, rozpoczęłam intensywny trening i straciłam rachubę w ocenie stanu rzeczywistości. Wszystko mnie boli, a z mózgu zrobiła mi się galaretka. Mam chociaż nadzieję, że o smaku kiwi. Mimo wszystko zaczynam łapać tempo i całkiem nieźle mi to wychodzi, więc także moja blogowa aktywność wzrośnie.
Czterołapom widać udziela się mój nastrój. Ostatnio dzielnie znosiły moje niedomogi i grzecznie zajmowały się sobą, głównie leżąc na posłaniach oraz spoglądając tęsknym wzrokiem na domowników. Gudi czasem zdobyła się na jakiś jęk przy zmianie pozycji i kilka westchnień. Spacery też upływały nam raczej monotonnie. Teraz wraca nam energia, motywujemy się na całego. Widać nowe zajęcia zaczynają dawać efekty i nastrajają pozytywnie. (: Już zaczynam myśleć o wiośnie i czekających nas wyzwaniach. Przypomina mi się widok ogoniastych buszujących wśród traw. Gudi, koszącej wszystko, co napotka na swej drodze i Ruterka, który z zaangażowaniem wyłapuje każdy najdrobniejszy zapaszek. Z Kochasiem mogłabym tak spacerować bez końca.
I oby ten rok był tak beztroski, jak on.

poniedziałek, 05 grudnia 2011
Kto ma piłkę, ten ma władzę!
Bardzo lubię określenie "spacerowa piłka". Szczególnie dlatego, że sam jej widok wywołuje u moich ogoniastych niesamowite emocje. Skupienie i pełna motywacja. Pani atrakcyjna, gdyż trzyma przedmiot pożądania. Zaraz się pobawimy, będzie ciekawie. Tak widzi to pies. Ja tymczasem wyciskam sok z tej cytrynki, aż kostki u palców nie zbieleją. ;)
Obydwa moje psy mają swoje specjalne piłeczki, dopasowane do indywidualnych wymagań. Generalnie piłki, jak piłki. Okrągłe, gdzieniegdzie naznaczone psimi zębami. Z pozoru nic niezwykłego. Jednak "specjalnymi" czyni je właśnie zastosowanie. Gdy wyciągam zza pleców dobrze amstafficy znaną, mocną piłkę z kauczuku, przestaje ona zwracać uwagę na cokolwiek innego. Nie interesują ją inne psy, obwąchiwanie ziemi czy przechodnie. Gudi już czeka na polecenia. A ponieważ nie kto inny, tylko JA dzierżę magiczny artefakt, dyktowanie reguł zależy ode mnie. ^^ Gudi wykonuje ćwiczenia, choć niekiedy dość nieporadnie, a gdy już dorwie swoją nagrodę, niesie ją dumnie w pysku tak długo, jak tylko się da.
Ruterkowy naturalnie również przepada za zabawą swoją piłeczką. Jest ona mniejsza, by pasowała do sznaucerowej mordki oraz wykonana z mniej trwałego plastiku. Daje jednak Kochasiowi całe mnóstwo przyjemności. Ale choćby nawet była najlepsza na świecie, najciekawsza i najprzyjemniejsza do gryzienia, mimo wszystko istnieje pewien element, bez którego piłka będzie leżała godzinami w kącie. Mianowicie właściciel. Mogłam się o tym przekonać w dosyć prosty sposób.
Gdy zajmowałam się któregoś dnia wymęczaniem psów przy pomocy treningowych piłek i siedziałam akurat z Goodnessą, usłyszałam w pewnym momencie popiskiwanie ze strony Ruterkowego leżyska. Oderwałam się natychmiast, by sprawdzić czy po wyczerpującej zabawie z Chłopaczkiem nie zaczęło dziać się coś nieprzyjemnego. Ten czekał w pozycji leżącej, z piłką między łapami i merdał ogonkiem. Dopiero co ledwo zipał po naszych wariacjach, a gotowy był na więcej. Gudi zresztą tyczyło się to samo. Ha, a ja później zastanawiam się, skąd to zmęczenie. ^-^' Ale cóż, uwielbiam tę psią radość. Treningi idą nam tymczasem - mam nadzieję - coraz lepiej. Piechy całkiem ładnie pracują, chociaż brak im cierpliwości. Nad tym też ostatnio się skupiamy, chociaż jak do tej pory eksperyment przyniósł mi fangę w nos od już-się-uspokoiłam-mogę-zacząć-skakać-na-panią-w-dzikim-szale-Cielaczyny. Aj tam, bolało tylko chwilę, a efekty u psa mają być trwałe. ;)
sobota, 26 listopada 2011
Prośba o chwilę uwagi
Cichy wieczór. Domownicy odpoczywają po ciężkim tygodniu, najedzone prosiaczki drzemią w świeżo wysprzątanej kuwetce, piesy wysiusiane i nakarmione. Siedzę w półmroku i zajmuję się swoimi sprawami. Jak zawsze znajduje się kilka powodów do zmartwień, myśli o niezrealizowanych planach i ból w kościach z powodu nieprzespanej nocy. Przychodzi ONA. Kręci się chwilę obok, pomiaukując, kładzie łeb na kolanach i czeka na reakcję. Odrywam dłoń od biurka i powoli przesuwam wzdłuż Cielęcego pyska. Ona natychmiast zatacza kółko, wystawiając bok. Poklepuję ją energicznie i patrzę w duże oczy. Ona skamle chwilę, po czym kładzie mi na kolanach najpierw jedną łapę, potem drugą. Wspiera się na nich i autentycznie się przytula. Jęczy do ucha, zeskakuje i idzie obniuchać klatkę z papugą. Przychodzi znowu, popiskuje. Wołam Ruterka i wychodzimy na spacer, ale Ruda nie załatwia się. Nie ma takiej potrzeby, bo byłam z obojgiem może kwadrans wcześniej. Wracamy. Sznaucer kładzie się do siebie, a amstaffka przekręca łeb, nasłuchując dźwięków z sąsiedniego pokoju. Idę po piłkę. Na jej widok Rudej rozbłyskają oczy. Bawimy się chwilę, powtarzamy proste ćwiczenia. Potem suka kładzie się spać. Miałam wcześniej jakieś problemy? Jeśli tak, to amstaffiasta skutecznie mnie ich pozbawiła.
Dziś drugi dzień cieczki. Ruter zaczyna węszyć wokół posłania Goodnessy, ale na razie za wcześnie na wariactwa. Źle nie będzie, do tej pory dawaliśmy radę. :P
środa, 23 listopada 2011
Dla wspólnego komfortu
Zdziwić by się można, ile człowiek jest w stanie zrobić dla swojego pupila. Jedni kupują ukochanym zwierzętom akcesoria, za ceny których można by wykarmić pół schroniska, inni fundują czworonogom wizyty w spa, przepisują na nie spadki i robią rzeczy, które obdarowywany w gruncie rzeczy ma w zadniej części ciała. A to dlatego, że nie jest on w stanie ocenić wartości tych przedmiotów. Liczy się kochający właściciel, pełny brzuszek i kąt do spania. Jednak ludzie czerpią przyjemność z robienia prezentów swoim podopiecznym. Inna sprawa, że czasem są one przesadzone.
Zgoła odmienną kwestię stanowią przypadki będące dążeniem do udogodnienia ludzko-zwierzęcych warunków życia. Niektórzy dokonują wyborów, które pierwszej niewtajemniczonej osobie z brzegu wydałyby się wręcz nienormalne. Tak było w przypadku dobierania samochodu przez moją rodzinę właśnie pod psa. Cóż, nasza wysłużona sjena była zbyt mała na przewożenie wygodnickiego Cielaka wraz z pięcioosobową rodziną i drugim psem, przy wypchanym tobołkami bagażniczku. I nam było niewygodnie, i Młodej. Tak wykorzystaliśmy okazję do zmiany samochodu na poszukiwania odpowiednio dużego, na miarę naszej pokręconej familii. Z zakupu zadowoleni są wszyscy.
Jako że moje psy błyskotliwie skojarzyły podróż autem z możliwością wyszalenia się na wsi, przy wejściu na parking przyspiesza im tętno. Piski, szaleństwa i tym podobne dziwy, normalka. Brak starej sjeny nie wywarł na nich wrażenia, teraz szczerzyły się do nowego nabytku, jakby znały go od dawna. Tym razem czekała je jednak znaczna zmiana. Zamiast przy tylnych siedzeniach, zostały posadzone w bagażniku. Gudi chętnie do niego wskoczyła i przez całą podróż zachowywała się niesamowicie grzecznie. Miejscówka jej przypasowała. Amstaffica mogła wreszcie wyciągnąć cielęce nogi, nie sprawiając dyskomfortu sobie i współpasażerom. Ruter natomiast łaził po całym tyle, wyglądając przez okna i ziejąc mi w tył głowy. Gdy został z suką sam w czasie postoju, urządził sobie wycieczkę po całym samochodzie. Podrapał w tym czasie jedną z szyb i przesiadł się na przednie siedzenia, zostawiając po sobie bajzel. No tak, sznaucer panem sobie i swemu mechanicznemu rumakowi.
Swoją drogą, osiągnęłam dziś pełen sukces, przeprowadzając kąpiel moich Bestii szybko, sprawnie i bez ofiar. Łazienka cała, ja cała, nerwy nienaruszone. Bajka. Piesy czyste i pachnące - wreszcie mogą się pokazać ludziom, nie wzbudzając podejrzeń, co do swego pochodzenia. Teraz wyraźnie widać, że nie są wynikiem krzyżówek genetycznych, przeprowadzanych przez szaleńca, trzymanymi przez ludzi niespełna rozumu. Ruter wprawdzie wygląda, jak dzik ze swoją prawie-zimową sierścią, ale zadbany w każdym razie. Białe znaczenia Goodnessy natomiast błyszczą i wieczorem sprawiają wrażenie, jakby pokryto je proszkiem fluorescencyjnym. No dobra, może nie całkiem eliminuje to spekulacje o eksperymentach. -.^ Tak czy inaczej wszyscy odetchnęliśmy do czasu, aż Bestyjki nie postanowią wykąpać się w bajorze albo wytarzać w rybie. Póki pogoda dopisuje będą jeszcze miały szansę, ale pociesza myśl, że przynajmniej nie siedzą przy mnie w samochodzie. ^^
piątek, 11 listopada 2011
Między gatunkami
Na przestrzeni kilku spontanicznych decyzji w naszej rodzince zaszły kolejne zmiany. Mianowicie zmienił się jej skład. Szczególnie dużo dzieje się teraz u świnek morskich.
Jakiś czas temu, Klinek - moje oczko w głowie - przeżył odejście przyjaciela na skutek choroby, która nieomal zabrałaby i jego. Prosiaczek został sam. To znaczy do momentu, aż nie wyjęłam z kartonowego pudełka dziwnego stworka, mogącego być dowodem na to, iż Natura miała widocznie kapryśny nastrój i nie wiedziała, gdzie umieścić owemu zwierzątku przód, a gdzie tył. Był to kruchutki, ciemno ubarwiony samczyk, z brązowymi końcówkami sierści. Nie byłoby w tym absolutnie nic dziwnego, gdyby nie fakt, że rośnie mu ona w przeciwną stronę, niż u większości zwierząt... Imię natomiast dostał na cześć poprzedniej świnki, choć zupełnie jej nie przypomina. Była więc parka. A raczej duet - Klinek i Fidel. Po chwili zupełnego niezastanowienia się, wyciągnęłam tatę z domu, by wrócić z trzecim kudłaczem. Co to tam dla nas... Przynajmniej będzie wesoło. :P Tak też się sprawdziło. Nasi Trzej Muszkieterowie dość szybko przyzwyczaili się do nowej sytuacji i w główkach im tylko rozrabianie. Bardzo się od siebie różnią, co widać nie tylko na zdjęciach.

Klinek

Fidelek

Teraz baw się w zgadywanki Człowieku, gdzie to ma głowę...

Barnaby
Ruter jest zafascynowany. ^-^ Sznaucer wprost uwielbia towarzystwo, a prosiaczki tak go zaaprobowały, że ogonek nie przestaje mu się kręcić. Ale nic dziwnego, w końcu urodził się wśród koni, a wychowywał z kotem. Gudi nie miała w szczenięctwie praktycznie żadnego kontaktu tak z przedstawicielami swojego gatunku, jak również innych. Mimo to nie postrzega zwierząt w naszym domu, jako potencjalny posiłek. Stanowczo woli pluszaki. :P I o ile na spacerach wykazuje chęci gonienia za kotami czy wronami, tak "swoich" nie ruszy. To się nazywa rodzinna solidarność, widać odczuwają ją nawet psy. =) A jednak ogoniaste mają swoje granice, prosiaczki swoje, a ptaki... No tak, kanarek najlepiej czuje się na swojej żerdce, a Paput - jak na weterana przystało - robi, co mu się żywnie podoba.
Ja tymczasem dwoję się, troję i zastanawiam, czy mam gdzieś jeszcze takie miejsca, z których mogłaby wyrosnąć dodatkowa para rąk. Tak to jest między tymi gatunkami, że chce się z nimi spędzać jak najwięcej czasu. :)
poniedziałek, 31 października 2011
Sznaucerowe osobowości
Odkąd mieszkam pod jednym dachem z dwoma szczekającymi stworami, moje życie wypełniło się całym mnóstwem zagadek, przy czym szczególnie zadziwia mnie pewien sznaucer.
W Ruterku można się doszukać mrowia sprzeczności i tylu różnych "twarzy", ile tylko jest się w stanie zliczyć. Na pierwszy rzut oka wygląda on wprawdzie, jak miliony innych, ale wystarczy spędzić z nim trochę czasu, by wiedzieć, że to nie jest zwykły pies. A czasem wręcz przychodzi wątpliwość, czy to w OGÓLE pies...
Gdyby tak podejrzeć Ruterka w stanie naturalnym - to jest nieogolonego - człowiek zastanawia się, cóż to za obrośnięta kreaturka. Wilk? Dzik? Może Yeti?

A czasem przybiera on postać super-sznaucera, broniącego swej rodziny od wszelkich niegodziwców. To znaczy "super" zwykle wtedy, gdy obok stoi amstaffica. Ale to tam... taki szczególik.

Same uszy natomiast przywodzą na myśl coś innego...

O proszę, co za podobieństwo! Pewnie dlatego raczę nazywać Czarnego Nietoperzem. (: Ale to nie wszystko. Jest jeszcze charakterystyczny sposób układania się, szczególnie tylnej partii ciała "na żabkę" oraz udawanie mądrego wtedy, gdy nie trzeba (ewentualnie na odwrót). Wszystko to składa się na dziwaczną mieszankę. Co tu się więc dziwić próbom spania na ścianie czy udawaniu, że rozumie się mechanizm działania polskiego sądownictwa?
To jasne, że nie każdą ze sznaucerowych "twarzy" można uchwycić, a czasem nawet opisać. Z pozoru skromny ośmiolatek kryje w sobie niezwykły temperament i całe pokłady pozytywnej energii. To chyba kocham w nim najbardziej. Choćby nie wiem, jak zwariowany i nieprawdopodobny, nie brak mu dosłownie niczego. (:

niedziela, 16 października 2011
Grupowe spotkania
Pies niezaprzeczalnie musi mieć kontakt z przedstawicielami swojego gatunku. Dlatego też wielu właścicieli czworonogów umawia się na wspólne wypady, by spędzić miło czas na plotkowaniu z osobami o podobnych zainteresowaniach, w towarzystwie biegających ogoniastych. I my nie odmawiamy sobie takich przyjemności. ;)
W tym roku szczególne szczęście do zawarcia nowych znajomości miał Ruterek. Chłopak porządnie się wybawił.
W lipcu mieliśmy okazję spędzić sympatyczny, acz mokry ranek w towarzystwie uroczej borderki, o imieniu Arka. Sunia urzekająca, chociaż nieco za ruchliwa dla sznaucka. Za możliwość jej poznania i miłą pogadankę z właścicielką dziękujemy Justynie. (:



Tego samego miesiąca Kochaś gościł yoreczkę znajomych w swym wiejskim gospodarstwie. Psina drobniutka, za to wykazywała prawdziwie borderową gotowość do aportu. Kto by pomyślał, że drzemie w niej taki duch! :D

Był też Bombas - przybłęda towarzyszy z żagli, którego mamy nadzieję spotkać również w przyszłym sezonie.

W ostatnim czasie udaliśmy się także na spotkanie w większej grupie z miłośnikami bearded collie. Okazało się, że niedawne ćwiczenia w środkach komunikacji miejskiej bardzo się przydały, gdyż Ruterek wydawał się odprężony (o ile to możliwe) podczas jazdy autobusem. Po drodze minęliśmy gromadkę ONkarzy, którzy widocznie postanowili spędzić ten pogodny dzień podobnie do nas.
Na miejscu zebrała się wesoła grupka Latających Futer z właścicielami, wymieniającymi uwagi dotyczące swoich podopiecznych. Ruterek najbardziej zainteresowany był płcią przeciwną. Dość nachalnie, przyznam. Babiarz jeden, trzeba go będzie niechybnie pozbawić jego drogocennych klejnotów... W gruncie rzeczy jestem jednak z niego dumna. Niejednokrotnie zdołał wyprzedzić młodsze i dużo szybsze koleżanki w przechwyceniu aportu do czasu, aż zmęczenie nie dało się we znaki. Ganiał się z nowymi kolegami i szczekał wraz z nimi z ekscytacji. Po powrocie natomiast padł na posłaniu i przez resztę dnia nie było pieska. Ja tymczasem zostałam wzbogacona o nowe doświadczenie, iż nie należy stawać na drodze rozpędzonym owczarkom, wracającym z aportem. :P ...No a miłość do rasy urosła do nadludzkich rozmiarów.









|