|
GOODNESS RUTER |
Blog > Komentarze do wpisu
Grunt to się dogadać
Wiele mówi się o potrzebach swoich podopiecznych, odpowiednim wychowaniu oraz warunkach, jakie należy im zapewnić do prawidłowego rozwoju. Wszystko to, by móc cieszyć się towarzystwem kompana przez długi czas, żyjąc z nim w zgodzie. A najważniejsze jest zrozumienie. Bez niego wspólne egzystowanie okazuje się uciążliwe, pełne obaw, braku zaufania i marnotrawienia nerwów, bo - nie wiedzieć czemu - pies pożarł poduszkę czy nie pojął, że w czwartki nie siada się na kanapie, chociaż właściciel mówił wyraźnie. I wcale nie taka prosta rzecz - zrozumieć. Bo jak do licha dogadać się z takim, któremu język służy najwyżej do wylizywania glazury w kuchni? Takim, co to nie powie, czego chce i udaje, że nie słucha? Otóż MÓWI i SŁUCHA. Jedynie człowiek jest na tyle małostkowy, by tego nie dostrzec. Przywiązuje uwagę do rzeczy pozornych i nie snuje refleksji nad tym czy to aby z nim nie jest coś nie tak. Zamiast tego obarcza winą za swoje niezrozumienie istoty, które - teoretycznie rzecz ujmując - głosu nie mają. A wystarczy zaprawdę niewiele, by móc znaleźć porozumienie. Odkąd człowiek zaczął dokonywać obserwacji i wysuwać zeń wnioski, kwestia zrozumienia psich zwyczajów i reakcji na różnorodne bodźce stała się dużo prostsza. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie: przełomowa. Zmienił się dzięki temu również sposób przekazu i postrzeganie psiej psychiki. Ale dużo na ten temat można znaleźć w specjalistycznych poradnikach czy na wielu stronach internetowych, więc nie zamierzam dłużej się nad tym rozwodzić. Jeszcze gotowa byłabym pomyśleć, że przypadkowy czytelnik przyśnie przed monitorem. ;) Jest coś w tych moich Potworzyskach, w co niekiedy ciężko uwierzyć. I nie dałabym w siebie weprzeć, że psy istotnie potrafią mówić do ludzi, gdyby nie dwa żywe tego dowody pod moim dachem. O tak, Gudi i Ruter są strasznie rozmowni. Uwielbiają pyskować, czasem aż zanadto. Szczególnie dużo mają do powiedzenia przed wyjściem na spacer i podczas wspólnej zabawy. Gdy szykuję się do wyjścia, sznaucer tańczy pod nogami, skacze i wydaje z siebie piski. Gudi tymczasem udaje, że wykonywane przeze mnie czynności absolutnie jej nie interesują. Leży na posłaniu i czeka, aż potwierdzą się prognozy zwiastujące rychły spacer, by zerwać się w mgnieniu oka i pomrukami dać do zrozumienia, że jest gotowa. Zupełnie inaczej zachowuje się jednak, gdy wracam wykończona z zajęć i nie mam ochoty wyściubić nosa na dwór. Wtedy zaczynają się klasyczne zagrywki. Cielę rozbija ogonem ściany i wszelkie żywe stworzenia, w tym Rutera, który po otrzymaniu ciosu wydaje zduszony wrzask, a po chwili wraca do wzmożonego stanu ekscytacji. "Później z wami wyjdę", mówię i siadam przy drzwiach w nadziei, że uda mi się zdjąć buty. Kochaś reaguje momentalnie. Już opiera łapy o kolana, wlepia we mnie okrągłe oczy i zieje stęchlizną prosto w twarz. Kilka głasków i zostaje wyparty przez Wiewiórzycę, która bezceremonialnie wpycha się na mnie zadem. Niech jej będzie - poklepuję i już mam zamiar wstać, kiedy ta na mnie siada, a z drugiej strony Ruterek wygina się, napierając na mnie bokiem. Basta. To już ponad moje siły i oni dobrze o tym wiedzą. Spacer gwarantowany. Choćby waliło się niebo, muszę zdobyć się na pokonanie lenistwa i wyprowadzić Monstra na dwór. Po powrocie nie ma zmiłuj, pieski muszą zostać wygłaskane, wyklepane, wymiziane i wychwalone. "Czego się gapisz Rudzielcu?", pytam ogoniastą, a ta odburkuje coś i uruchamia śmigło. I już doskonale wiem, w czym rzecz. "No chodź, niech ci będzie", daję znak klepnięciem o kolana i Cielak ładuje się na nie, jakbym była najwygodniejszym fotelem z funkcją masażu (bo jakże by inaczej?). Swego czasu suka siadała tak również na pufach w pokoju dziennym, dopóki wyższe instancje domowej instytucji nie postanowiły pozbawić jej tego przywileju. Lubiła przy tym pomruczeć, by zwrócić na siebie uwagę i wciąż chętnie ze mną gawędzi, zdecydowanie lepiej czując się na moich kolanach. Wprawdzie amstaffica wydaje się być dość wygadana, jednak Ruter ma zdecydowanie więcej do powiedzenia, przynajmniej w trakcie zabawy. Daje się wówczas słyszeć całą gamę dźwięków, które układają się wśród ogólnego bełkotu w słowa, takie jak "mama" czy "daj". Wszystkie te powarkiwania i bulgoty wywołują wśród przypadkowych słuchaczy zróżnicowane reakcje, ale mnie w żadnym razie nie przeszkadzają. Lubię widzieć, że pies wkłada całego siebie nawet w drobne czynności i czerpie z tego niewypowiedzianą radochę. I takie są właśnie moje ogoniaste. piątek, 03 lutego 2012, psieperypetie
TrackBack
|